Posty z kategorii: Produktywność

Boli mnie nauka, bo głowa – Włam się do mózgu

Cześć!

Święta i po świętach. Witam Cie 1. Stycznia nowego 2018 roku. Ten rok zaczniemy od… książki. Podręcznika lifehackingowego można by w dzisiejszych czasach powiedzieć, jednak czy rzeczywiście to, co autor w niej opisał, jest lifehackingiem? Według mnie nie, bardziej pokazaniem, że nauka tak naprawdę nie jest taka straszna 🙂

Wstęp

O autorze

Na początku warto w kilku słowach przedstawić osobę autora. Książkę napisał Radosław Kotarski, twórca kanału Polimaty oraz reżyser i prowadzący program „Podróże z historią”. Myślę, ze Radka można określić popularyzatorem nauki. O autorze możecie też poczytać w Wikipedii.

Czemu akurat ta pozycja?

W sumie we wcześniejszych wpisach o książkach nie mówiłem, dlaczego akurat zdecydowałem się ma te pozycje. Te książkę polecił mi kolega ze studiów, czytał ją na jednym z wykładów. Na chwile o niej zapomniałem i tak jakoś sobie niedawno o niej przypomniałem.

Zresztą pewnie widzisz, ze na ostatnimi czasy na blogu jest sporo wpisów związanych właśnie z usprawnieniem różnych procesów. Po pierwsze dlatego, że lubię takie tematy, a po drugie dlatego, że chciałbym jak najwięcej ich w swoim życiu wprowadzić. A o trzecim powodzie za chwilę usłyszysz.

Nauka mnie boli

Wrócę myślami do czasów liceum. Chodziłem do klasy o profilu matematyczno-fizyczno-informatycznym. W gimnazjum zakolegowałem się bardziej z fizyką, byłem nawet finalistą Wojewódzkiej Olimpiady Fizycznej organizowanej przez kuratorium. Brakło mi chyba punktu do bycia laureatem. No nieważne. Poszedłem do klasy o tym profilu, bo już wtedy wiedziałem, że chcę być inżynierem (dalej chcę być i na razie na moich chęciach się kończy haha :D), że chcę się rozwijać w kierunkach związanych z techniką, że przedmioty humanistyczne, gdzie trzeba kuć wiele rzeczy na pamięć i co najgorsze pamiętać je potem wszystkie, są nie dla mnie. Chociaż tak z perspektywy czasu patrząc, fizyka też z jednej strony jest nauką, gdzie trzeba naprawdę wiedzieć i pamiętać wiele, no ale jakoś było mi do niej blisko. Zawsze mi też do niej było bliżej niż do matematyki, ponieważ matematyka wydawała mi się (w sumie dzisiaj w wielu kwestiach też mi się taka wydaje), mało namacalna, a fizyka opisuje to co jest wokół nas. Zawsze też bardzo mnie to ekscytowało, kiedy mogłem wyjaśniać komuś zjawiska dzięki zgromadzonej wiedzy fizycznej.

Hej za rok maturaaaa…

Na maturze miałem zdawać rozszerzoną matematykę, fizykę i angielski, to było potrzebne, żeby się dostać na moją wymarzoną informatykę na większości uczelni. Początkowo chciałem też zdawać podstawą chemię, tak dla siebie. Była bliska mojemu serduszku, już od podstawówki, kiedy wiadomo nie ma jeszcze takich przedmiotów. Znalazłem starą książkę mamy z opisanymi w przystępny sposób doświadczeniami chemicznymi i wiele razy sobie ją czytałem. Książka Między zabawą a chemią autorstwa Živko K. Kostića (możesz zobaczyć ją w serwisie Lubimy czytać – polecam z całego serduszka). Mały gnojek wtedy byłem, a pamiętam że całkiem sporo jej rozumiałem! Po prostu marzyłem, żeby sobie zbudować takie małe laboratorium.

Okładka książki Między zabawą a chemią

Zdjęcie środka książki Między zabawą a chemia

Zeszycik

Chyba jeszcze w drugiej klasie, a może już w trzeciej, zacząłem przygotowywać taki zeszyt, w którym miałem zgromadzoną całą wiedzę teoretyczną z fizyki z liceum. Sama teoria, żadnych zadań. Chciałem Wam pokazać ten zeszyt, ale nie mogę go znaleźć, może gdzieś w piwnicy jest. Każdy dział ładnie opisany, nagłówki definicji innym kolorkiem, podkreślone, wzory z wyjaśnieniami oznaczeń. Kondensat z notatek z lekcji, podręczników oraz jakiegoś repetytorium. Nie pamiętam, żebym do czegokolwiek się tak przygotowywał jak do matury z fizyki. Nawet teraz jak piszę ten wpis, to czuję po prostu dumę. #TakiBardzoSkromnyPiotruś

No i oczywiście oprócz teorii trzaskanie zadanek z różnych zbiorków. Wiedza z fizyki wchodziła po prostu jak dobre cukierki do paszczy. Ten zeszyt był takim podręcznikiem szytym na miarę, przy czym ustrukturyzowanym w sposób mnie odpowiadający.

Ale na fizyce się świat nie kończy…

No oczywiście oprócz przyjemności była cała masa przedmiotów, które trzeba było jakoś zaliczyć. Biologia, historia, wiedza o społeczeństwie… Treści być może były interesujące, jednak coś w stylu programu na Discovery niż czegoś co trzeba przyswoić i zaliczyć. Nie wiem jakim cudem byłem w stanie wykuć się całych stronic po prostu na pamięć. Ale co ja z tego dzisiaj pamiętam? Praktycznie nic.

Studia

Studia też wszyscy wiedzą jakie są. Jeszcze do tego studiuje dwa kierunki. Dwa czynniki: mało czasu i treści też często nie porywają. Tutaj już w ogóle od dłuższego czasu mam wrażenie, że po prostu głupieję, że nie jestem w stanie już przyswajać treści jak kiedyś, a przedmioty trzeba zaliczać, no i wypadałoby wynieść tę inżynierską wiedzę poza progi uczelni. W ostatnim roku wiele razy zadawałem i będę zadawał sobie pytanie: co jest nie tak? Gdzie popełniam błąd, co robię źle? Do tego zmęczenie, natłok pracy, poirytowanie… I to poczucie, że mimo że się starasz, to za nic nie chce to zostać w głowie. Każde siądnięcie do nauki, oczywiście dzień przed, bo jak inaczej, przecież nie ma czasu wcześniej, kończyło się turbo irytacją i słabym wynikiem kolokwium.

Książka Radosława

W związku z tym, że po prostu już czara goryczy się przelała i że kolega pokazał mi wcześniej tę książkę, zacząłem się nią interesować. Wszedłem na kanał Polimaty, zapoznałem się z treściami, które przygotowuje autor, przejrzałem stronę książki, gdzie można ją kupić, zacząłem czytać recenzje książki i… no i bardzo pozytywnie się zaskoczyłem, ale też w sumie trochę pośmiałem. Komentarze czytelników są pozytywne w większości, a część z nich po prostu mnie rozbawiła – ile w ludziach goryczy i nierzetelnego podejścia do tematu (hasła typu wydaje mi się, czy po prostu jak można wierzyć w to, że autor nauczył się w pół roku szwedzkiego, a certyfikat na pewno ma z guglów…, a szkoda gadać po prostu; trochę to mi przypomina film na kanale SciFun, gdzie prowadzący komentuje film o płaskoziemcach – tak jest, bo tak mówią na jutubaaaachhhhh).

Koniec końców zdecydowałem się na zakup tej książki, skoro polecał mi ją kolega, ma tyle pozytywnych opinii, a nawet jeśli mi się nie spodoba, to przynajmniej jakieś dziecko dostanie obiad z Pajacyka 🙂 Zamówiłem, przyszła i  zacząłem powoli czytać.

O samej publikacji

Książka ma 302 strony, jest bogato zdobiona, wydana w twardej oprawie. Można wyróżnić w niej dwie części:

  1. Po co się uczyć, po co wiedzieć jak się uczyć, opis ewolucji szkolnictwa, kiedy jest odpowiedni czas na naukę (ta część została rozbita na dwie stanowiąc przez to klamrę kompozycyjną, która podpala człowieka do działania),
  2. 13 metod skutecznej nauki.

Okładka książki

Ważne (według mnie) cechy publikacji

Co mnie w niej urzekło? Przede wszystkim rzetelność. Na każdym kroku autor podaje przykłady z badań i publikacji psychologów, co wskazuje na gruntowne przygotowanie autora w danym temacie. Zresztą co tu dużo mówić – do tej 300 stronnicowej książki bibliografia liczy 17 stron. Na tej podstawie możemy wnioskować, że twórca nie robi nas w bambuko 🙂 Ponadto w treści książki podczas omawiania każdej z metod także znajdziemy przykłady badań psychologów dowodzących skuteczności tychże metod.

Drugim ważnym aspektem jest to, że Radek spróbował każdej z tych metod na sobie. Z omawianymi w książce metodami uczył się języka szwedzkiego oraz przygotowywał się do egzaminu na piwnego sędziego.

Każdy z rozdziałów dotyczących metod nauki jest podsumowany w postaci punktów na końcu danego rozdziału – dzięki temu nie trzeba znów wertować całego fragmentu, tylko kluczowe aspekty są zebrane w jednym miejscu.

Książkę samą w sobie dobrze się czyta, język jest przyjazny czytelnikowi. Każdy szary Kowalski ją zrozumie, bo i każdy szary Kowalski powinien każdego dnia się rozwijać 🙂 Tylko warto dodać – sama książki nie zrobi z nas omnibusów, trzeba zacząć te metody stosować. Jedyne co, to pozwalają one na pracę w sposób ciekawszy i przede wszystkim bardziej efektywny, co pozwoli uniknąć takiego stanu, który opisałem wcześniej – zmęczenie, znużenie, niechęć do pracy.

Podsumujmy

Przepraszam Cię za ten przydługi wstęp do recenzji książki. Wydaje mi się jednak, że ma on swoje miejsce i pozwolił określić motywacje dlaczego akurat zdecydowałem się ją przeczytać i co wiedza zawarta w tej książce może człowiekowi dać na tym łez padole.

Mogę całym moim pingwinim serduszkiem polecić każdemu tę książkę, każdemu, kto chce zmienić swoje podejście do nauki. Ciekawe jest też to, że niejako podświadomie część z tych metod właśnie zastosowałem przy nauce do matury z fizyki. „Włam się do mózgu” pozwoliło mi na uporządkowanie mojej wiedzy i przede wszystkim świadome ich stosowanie 🙂

Gdzie można znaleźć książkę i autora?

Przede wszystkim książkę można znaleźć na stronie wydawnictwa (choć niech Cię to nie zmyli, bo sama książka została wydana w jakże popularnym ostatnio modelu self-publishingowym), a opinie oczywiście można przeczytać na Lubimy czytać.

Radka Kotarskiego, autora książki możecie znaleźć:

Same wspomniane wcześniej Polimaty możesz znaleźć:

Jeszcze raz polecam cieplutko książkę, jeżeli masz takie problemy jak ja. A tymczasem to muszę gdzieś upolować (jakkolwiek by to nie brzmiało) autora i poprosić o podpis 😀 Miłego dnia!

P. S. Jak coś to oczywiście ja nie wziąłem żadnych hajsów za recenzję i nie ma tu żadnej afiliacji. Po prostu, uważam, że to dobra publikacja 🙂

P. P. S. Drogi Autorze, jeżeli to czytasz, to pozwoliłem sobie zamieścić grafikę okładki książki, mam nadzieję, że nie masz za złe! 🙂

Produktywność po mojemu – uczę się pracować mądrze

Cześć!

Wpis ten piszę w jeszcze w listopadzie, za to czytasz go już w grudniu – chwilę przed świątecznymi porządkami w sumie z przewodnim hasłem tego wpisu – produktywność :). Chcę się z Tobą podzielić narzędziami używanymi przeze mnie na co dzień, które pomagają mi pracować mądrzej. Bo w życiu jednak nie chodzi o to, żeby się narobić 😉 I zrozumienie tego zajęło mi bardzo dużo czasu.

Uprzedzam. Nie jestem żadnym specjalistą. Dopiero uczę się mądrej pracy, popełniam wiele błędów, a ten wpis pozwoli mi także na uporządkowanie tego wszystkiego, czego się jakoś tam nauczyłem. A no i dodatkowo ten wpis nie jest reklamą w sensie, że nie mam z opisywania narzędzi żadnych pinionżków. Korzystam z nich, bo uważam, że są dobre i mogę je polecić 🙂

Produktywność - uporządkowane miejsce pracy

Problem

Każdy z nas jest przytłoczony ilością informacji, zadań do zrobienia, wszystkim. Niestety tak jest i już. Najgorzej, kiedy ilość zaczyna to nas przerastać i po prostu jak małe dziecko siadamy na środku i płaczemy. Sam tak robiłem i dalej niestety zdarza mi się to robić. Jednak wystarczy uświadomić sobie kilka rzeczy i starać się wprowadzić jak najszybciej w życie. Z pomocą przychodzi pojęcie produktywności.

Czymże jest produktywność?

Ja nie wiem jaka jest oficjalna definicja produktywności, jeżeli takowa w ogóle istnieje. W moim odczuciu i do tego dążę, jest to umiejętność pracy mądrej. Mądrość w pracy charakteryzuje się tym, żeby robić, a się nie narobić mówiąc kolokwialnie, a mówiąc oficjalnie, by pracować przemyślanie, mieć plan działania. Z tym wiąże się także oczyszczenie umysłu z wszelkich ciażących myśli. I tutaj ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że np. u mnie psychika odgrywa bardzo dużą rolę. Ostatnimi czasy jestem obciążony nakładem pracy, która średnio mnie interesuje, dodatkowo goniące terminy, nieregularny tryb życia. To wszystko objawia się u mnie narastającą prokrastynacją i frustracją. Jednak świadomość istnienia tych zjawisk i poczucie, że już niedługo spadnie ze mnie ciężar motywuje mnie do działania, więc poniekąd te energie się niwelują.

Do sedna proszę

Tak, fajnie się rozmawia ogólnie, może o tym też kiedyś napiszę wpis. Czas na omówienie tytułowych narzędzi, które pomagają mi nie zginąć w odmętach współczesnego świata. Ale zaraz, zanim o narzędziach to co zanim zaczniemy korzystać z tych narzędzi?

Porządeczki

Ludzie, którzy mnie bliżej znają, wiedzą, że strasznie lubię porządek, segregację. Niestety z czasem wiadomo jak to jest, gromadzimy nowe rzeczy, dokumenty, notatki, wszystko w bliżej nieokreślonych miejscach. Jednak jak być produktywnym, kiedy wokół siebie mamy bałagan (nie mówię o syfie wysypującym się przez okno, żeby nie było :P).

Ale o jaki bałagan chodzi?

Takim bałaganem w mojej ocenie będą chociażby nieprzejrzane koszulki – w części np. już nie chodzimy i nie będziemy chodzić, bo dziurawa, bo poplamiona. W szufladzie w biurku dokładamy tylko kolejne faktury, dokumenty. Książki nie leżą w logicznym porządku. W pudełku z kablami jest pajęczyna. Teoretycznie nie sprawia to jakiegoś problemu, pudełko ładnie stoi na półce, koszulki poprasowane i złożone w szafce, książki poukładane równo na półce, w szufladzie jest ładna kupka papierów. Ale czy to jest czytelne? Według mnie nie. Żeby zacząć mówić o produktywności, według mnie, pierwszym etapem jest zrobienie wokół siebie porządku. W swoich rzeczach. Otoczenie i świadomość jego harmonii wpływa na samopoczucie i ułatwia wykonywanie zadań. Zlikwidowanie sterty papierów z szuflady i rozłożenie jej w odpowiednie miejsca – faktury do faktur, dokumenty związane z pracą do odpowiedniej teczki, z uczelnią do innej itd. pozwoli na bardziej optymalną pracę w przyszłości – kiedy nie będzie potrzeby przewalania tony papierów.

Regularnie kierowniku!

I tutaj znowu przychodzi nam nieregularność. U mnie „bałagan” wynika właśnie z braku regularności (a takie nawyki nie łatwo sobie wyrobić, oj nie łatwo…). Ostatnio zainspirowany webinarem Michała Śliwińskiego o przeglądzie piątkowym, postanowiłem zrobić swój pierwszy przegląd piątkowy. I co? A no 4 godziny zajęło mi opróżnianie Pocket oraz robienie Inbox 0 w sześciu skrzynkach emailowych. A została mi jedna, najważniejsza, moja podstawowa skrzynka. Uzmysłowiłem sobie, że Inbox 0 to nie jest stan, kiedy wszystkie wiadomości są oznaczone jako odczytane, ale kiedy fizycznie ich nie ma! Są usunięte/zarchiwizowane. Wtedy mamy do czynienia z prawdziwym Inbox 0.

To sum up

Podsumowując ten krótki, ale jak ważny wstęp. Produktywność potrzebuje porządku. Nie mówię tu o zarastających garnkach w zlewie, a o zwykłym posortowaniu, posegregowaniu naszych rzeczy. Ja odczuwam, iż mimo zawsze mam porządek u siebie, to potrzebuje rewolucji, odświeżenia. Najchętniej zamknąłbym się na 2 tygodnie i zaczął od gruntownego przeglądu wszystkich moich rzeczy, po sortowanie danych na komputerze, dysku, pendrive. Usunąć co zbędne, nie potrzebne. Kluczowy element procesu

No to jakie te narzędzia?

Czas powiedzieć o tych narzędziach. Produktywność lubi posługiwanie się narzędziami, bo pozwalają one na przyśpieszanie i automatyzowanie procesów. Oczywiście każdy może mieć swoje narzędzia i nie muszą być one koniecznie cyfrowe. Ja lubię mieć cyfrowe, bo są zawsze pod ręką.

OneNote

OneNote – to jest to. Wszystkie notatki w jednym miejscu, zawsze przy sobie. W łatwy sposób uporządkowane, czytelne, można przeszukiwać. Dodatkowo można udostępnić notes i pracować wspólnie. Chmurowa aplikacja, więc na wszystkich urządzeniach notatki automatycznie się synchronizują oraz mam do nich dostęp wszędzie, gdzie zaloguję się na swoje konto Microsoft. Możesz powiedzieć – a co jeśli nie masz dostępu do internetu, ani telefonu przy sobie. Zawsze staram się wtedy zanotować taką informację w notesie i przenieść ją przy najbliższej sytuacji do OneNote (ale baaaaaardzo dawno mi się to nie zdażyło).

Nozbe

O Nozbe każdy z Was już u mnie słyszał. Kombajn do zarządzania zadań tworzony przez zespół świetnych ludzi. Korzystałem wcześniej z Todoist, jednak jakoś mi osobiście nie przypadło do gustu (pewnie dlatego, że wersja darmowa jest turbo uboga). Cały czas uczę się z niego korzystać w prawidłowy sposób, ale to narzędzie bardzo mi odpowiada. Drugi filar mojego systemu.

IFTTT

Produktywność to także automatyzacja procesów. I tutaj przychodzi z pomocą narzędzie IFTTT – If This Then That. To oprogramowanie jest zintegrowane z wieloma systemami. Pozwala na przechwycenie jakiejś reakcji zaistniałej w jednym systemie i wywołanie akcji w innym. Na przykład kiedy do Pocket (o którym za chwilę) dodam stronę z etykietą Nozbe, to automatycznie do mojej skrzynki spraw trafia nowe zadanie z ową stroną.

Pocket

Pocket to aplikacja, która pozwala w łatwy sposób przechować strony, do których z różnych powodów chcemy wrócić w przyszłości. Jednym kliknięciem strona zostaje zapamiętana i nie grozi już 500 miliardów otwartych kart w przeglądarce.

Słowo na koniec

Przedstawiłem Wam w kilku słowach z czego staram się korzystać w moim codziennym dążeniu do bycia produktywnym. Cały czas się tego uczę i na pewno ten system będzie się zmieniał, przede wszystkim rozszerzał. Mam cel, by w 2018 przestawić swoje codzienne bytowanie na właśnie takie zorganizowane, zautomatyzowane. Dużo pracy, ale się opłaci 😉 Trzymajcie kciuki!